Wszystkie prawa zastrzeżone. Wiersze nie mogą być wykorzystywane i powielane bez zgody autora.
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)
Moje zdjęcie

Ja - uczuć oceany skondensowane w kropli
Ja - myśl destylowana z potoku filozofii

środa, 14 maja 2014

Zabłudowski wyrzut sumienia

    Nie ma takiego drugiego miejsca w mieście. Uciekam tam, kiedy potrzebuję rozmowy. Choć to bardziej monolog niż konwersacja. Przychodzę, przyjeżdżam, pełznę do tej ciszy, rozpostartej między „kowalowskim lasem” a drogą do „świętej wioski”. Za każdym razem przynoszę ze sobą kamień i kładę go na ogrodzeniu, to taki mój dowód pamięci.

   Ze starego żydowskiego cmentarza, bo o nim mowa, rozpościera się widok na całe moje miasteczko, leniwe i nieprzyjazne, choć mieszka w nim wielu dobrych i uczciwych ludzi. Z tego miejsca można zakosztować pewnego rodzaju dystansu do bieżących spraw. Cisza cmentarza pozwala ogarnąć myśli, ułożyć co niepoukładane, wchłonąć elementy przyrody kojące umysł, wzrok i słuch.

   Cmentarz latem zawsze porasta wysoka trawa, ledwie można w niej zauważyć szare bezimienne nagrobki bez macew. Wyglądają jak zabłudowski wyrzut sumienia, o którym wydaje się, w miasteczku wszyscy chcieliby zapomnieć.

   Nekropolię otoczono jakby z przymusu, murkiem z kamieni. Wyznacza on teren, ale pozwala też przysiąść na chwilę, odpocząć, pomyśleć. Kamienie zespolone niechlujnie cementową zaprawą, znikomym kosztem załatwiły sprawę pamięci o dawnych mieszkańcach miasteczka.

   Kocham to miejsce z pewnego wyjątkowego powodu. Na cmentarzu, tuż przy ogrodzeniu rośnie ogromny krzak bzu. W maju, kiedy krzak zakwita, pszczoły rozpoczynają swoje „modlitwy” za dusze zmarłych tam pochowanych. Tylko na taki Kadisz mogą liczyć, pochowani tam ludzie. Pod krzakiem wypatrzyłam kiedyś rodzinę jeży. Małe kolczaste kuleczki znalazły tam swój spokojny dom. Bezpieczeństwo, które odebrano zamieszkującym niegdyś w Zabłudowie „starszym braciom w wierze”.

   Punktem centralnym cmentarza jest betonowy, wybijający się z otoczenia nagrobek Rabina. Przez dziury w budowli, latem do środka wpadają promienie słońca. Myślę sobie, że zabłudowski Rabin zasłużył sobie na o wiele więcej, niż tylko ciepło darowane z nieba. Oprócz mnie, odwiedza Rabina ktoś jeszcze, nie wiem kto, nigdy nie spotkałam tam innych osób, ale ślady obecności są tam wyraźnie widoczne. Czasami ktoś zostawi tam pustą butelkę po winie, ale zdarzają się też gesty godne pochwały, znicze stawiane na nagrobku w Zaduszki, to nic, że z krzyżem. Ważne, że są.

   Rabin stał się dla mnie wyjątkowo bliski. Jako młoda ciekawska dziewczyna próbowałam odszyfrować, napis na jego nagrobku. Przyszłam na cmentarz z płachtą cienkiego papieru, odbiłam na nim ołówkiem resztki liter z nagrobka, poprosiłam księdza, który uczył mnie religii w liceum, a który na hebrajskim znał się jak mało który ksiądz, o przetłumaczenie znaków. Niestety nie udało się. Rabin pozostał dla mnie bezimienny ale to nie powód, żebym miała o nim nie pamiętać.

   Pamiętam, za siebie i za wszystkich tych, którzy pamiętać o dawnych mieszkańcach Zabłudowa nie chcą.

Archiwalne zdjęcie ohelu cadyka (źródło: Księga Pamięci Zabłudowa)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz