Wszystkie prawa zastrzeżone. Wiersze nie mogą być wykorzystywane i powielane bez zgody autora.
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)
Moje zdjęcie

Ja - uczuć oceany skondensowane w kropli
Ja - myśl destylowana z potoku filozofii

czwartek, 16 listopada 2017

Spotkanie w Supraślu

Każdemu poecie życzę takiej frekwencji, takich cudownych słuchaczy, tak wrażliwych odbiorców i takich spotkań w tak klimatycznych miejscach jak Supraśl, który mnie dziś przytulił.
Wszystkim Wam drodzy młodzi artyści - uczniowie supraskiego liceum oraz cudownej Pani Agnieszce, serdecznie dziękuję za ten wieczór, za miłe przyjęcie, wyjątkową, rodzinną atmosferę i za możliwość dzielenia się z Wami tym co mam. Daliście mi ogrom pozytywnej energii.




poniedziałek, 6 listopada 2017

Apokalipsa wg Michała Przyborowskiego



Michał Przyborowski, autor tomiku „Planeta małp”, sam o sobie pisze, że jest pełen sprzeczności, że nawet jak leży, to chodzi. W konsekwencji tego chodzenia, czy dochodzenia, doszedł do wniosku, że świata się uratować nie da, ale on postanowił mimo wszystko jednak spróbować. Czy tą próbą jest jego tomik wierszy?

Pierwszy zachwyt nad książką, to może być zachwyt nad świetną okładką przygotowaną przez Macieja Grochowskiego. Surowa, groźna, ale też lekko komiksowa, świetnie skomponowana, delikatnie symboliczna, oddaje to, co stanowi meritum książki.

Tytułowy wiersz zawiera apokaliptyczny niemal opis poniedziałku, jako nowej jakości życia, w którym wszystko się wywraca, traci swoje pierwotne znaczenie i przeznaczenie. Zmienia się perspektywa, zaciera się granica między teraz i wczoraj: „teraz niebo było większe i tańsze / mieszkania i manna gratis”. Nowe pokolenie jakie przychodzi, chłonie wszystko tu i teraz, „nie zostawiając nic na później”. Tani konsumpcjonizm w uosobieniu prażącej się na plaży w dzień i palącej książki w nocy statuy wolności to odwzorowanie widzianego przez autora świata, w którym człowiek tocząc pianę z ust staje się synonimem zamkniętego w zoo zwierzęcia. Przekaz jest jasny. Przetacza się po nas koło czasu, które im bardziej próbujemy zatrzymać, tym szybciej kruszy na piach stary ład. Nie ma odwrotu.

       W dalszej części tomiku, możemy przeczytać wiersze, które odzierają ze złudzeń. Czytamy, że człowiek jest tylko zlepkiem żywiołów, chemii, miasta, korporacji i popkultury. Szaleństwem w takim świecie jest niekasowanie biletu, nie ma tu miejsca na wyższe uczucia „ nie można się kochać / póki nie zmienisz swojego statusu” (na fejsie). A jednak autor ucieka, a raczej próbuje, wchodzi w inną rolę. Sam sobie jest stwórcą, gasi księżyc, a później i tak w akcie pogodzenia się z przegraną w nierównej walce ze światem, przesuwa na mokrej od łez trawie psią kupę, żeby zasnąć i wstać nazajutrz jak wszyscy do pracy. Mit Prometeusza gaśnie w zderzeniu się z twardą rzeczywistością.

     W tomiku przeżywa się rozgoryczenia i porażki, zdychają reakcje i relacje. Próby zacieśniania jakichkolwiek międzyludzkich więzi są groteskowe i kończą się na drewnianych odruchach, choć jakieś cząstki i tkanki wewnątrz jednak drżą. Na nic. Tłumaczymy to sobie naukowo. Godzenie się z takim stanem rzeczy wydaje się być na porządku dziennym. Może to wygodnictwo jak ten hamak rozpięty między drzewami, żeby przeżyć w nim życie „bujając się” czyli poddając bezwładnie, kiedy nic do niczego nam już nie pasuje, więc sami próbujemy się dopasować i rozmyć w tłumie. Bo „wtedy łatwiej być, niż skończyć wiersz”. Tak gnije w dzisiejszych czasach mit poety i poezji zaklęty niegdyś w wierszu Miłosza „Campo di Fiori”.

       Tomik Michała Przyborowskiego jest przaśny i wyjątkowo gorzki, ale chyba taki jest świat widziany oczami młodych ludzi, których odarto ze złudzeń i czułości, których wtłoczono w tryby i machiny korporacyjne i urzędnicze, z których zrobiono gatunek o niskich pobudkach i zwierzęcych instynktach. Ostatni wiersz jednak, dowodzi sprzeczności, które autor sam w sobie widzi, a które nadają tomikowi w ostatnich słowach, cudownej miękkości i światełka nadziei, przełamującego całą tą czarną i brutalną wizję: „zapisałem się na kartce […] skreślę, poprawię / jest jeszcze miejsce”.


„Planeta Małp” Michał Przyborowski
Wydawnictwo Black Unicorn – Jastrzębie Zdrój 2017
Dziękuję Autorowi


czwartek, 2 listopada 2017

ujemne skutki

zajesienił się obraz w okiennych ramach
deszcz na nim łzawo zeszklił się jak werniks
znów będę mogła obrzydliwie skłamać
że zimno - nie z braku ciebie, tylko przez październik

jesień 1997

środa, 1 listopada 2017

Transmisja na żywo


jeszcze tu jestem przez chwilę
obieram z czułością chudą marchew
na rosół dla przeziębionych dzieci
jeszcze przeglądam się w lustrze zdziwiona
że ciągle mi rosną rzęsy długie i czarne
jak żałoba po matce

jeszcze mi się kleją do szorstkich rąk i ust
ciągutki rymów i planów na przyszłość
jeszcze stoją w przedsionku sportowe buty
z językiem na wierzchu, gotowe do biegu
na długie dystanse, a zupełnie nieprzygotowane
na zwykłe odejście

czwartek, 26 października 2017

przedświt w lumpeksie

Popatrz kochanie jak się zeszmaciliśmy
jak sweterki za dwa pięćdziesiąt za kilogram
o znajomym zapachu cudzej śmierci na piersiach
spruliśmy się i zdarliśmy na sobie zęby

zanim kolejny dzień nas bezczelnie odkształci
i zmechaci dziadowsko od dekoltów po mankiety
od skórzanych guzków do pętelek dwunastnic
wpadnijmy w siebie rankiem naelektryzowani

piątek, 20 października 2017

Okno

mam dożywocie patrzenia
w wolność gwiazd

przez kratę okna w dachu
w jednoosobowej celi

fińskiego materaca
w której co noc tonę

z brzytwą własnych
wierszy w dłoni

łykając kotwicę księżyca
w drobinie miąższu nieba

sobota, 7 października 2017

Ciała obce


wpadamy na siebie czysto przy okazji
jak okruchy piasku w wietrzną pogodę
wprost pod powieki, żeby nam się boleśniej
o sobie śniło. Układamy sobie w głowach
stęsknione dłonie, splatając palce jak winorośle
w koszyki wspólnych przypadkowych chwil
w których łatwiej jest nosić nasze o sobie wyobrażenia

nigdy nie śpimy tak po prostu obok siebie

skóra przy skórze, ułomność przy ułomności
układamy się jednak do snu w tej samej minucie
kiedy miasto zaczyna płynąć chłonką świateł
po zakurzonych gęstych szybach i grać klaksonady 

ulubionego tematu psychodelicznego serialu
w plątaninie wentylacyjnych przewodów i kanałów you tube’a

czekamy czasami na swoją nieobecność obok
i na szorstkie w odbiorze skupiska liter na wyświetlaczu
telefonu. Dopijamy zimną herbatę w kolorze nadziei
żeby się nie rozczulać nad tym, że się siebie roni
stopniowo kropla po kropli. Budzimy się ze snu
znowu oddzielnie i pospiesznie, z posmakiem
nierdzewnej porażki w pustostanach ust

poniedziałek, 4 września 2017

Architektura wnętrz


taka pora szarzeje wewnętrznie w człowieku
i nie ma to nic wspólnego ze świ(a)t(ł)em
suną po szyi jak sznury sploty myśli o końcu
lata ostatni stygnący motyl miłość
czernieje i zdycha suchym liściem skrzydeł

szkielety drzew sączą się z nieba do ziemi
obłażą martwym pokaleczonym naskórkiem
niegłaskanym wzrokiem szukam po omacku
tam gdzie zimna pościel rzeki kładzie między nami
betonowe zapory iluzorycznych cudzych szczęść

znajduję puste oczodoły po wybuchach euforii
nie będzie nie tej jesieni ni zimy pewnie
czuję się tylko kiedy trzymam przy sobie
choćby kosmyk nadziei posiwiałej a jednak
wiem przyjdziesz znowu wiosną otworzę


niedziela, 3 września 2017

niedziele i święta


nawet jeśli się przyznam
że mi samej nieludzko
i nieprzytomnie boleśnie

będą wątpić w każdy mój wiersz
spacerowicze, turyści, przyjezdni
co się mają za bliskich

w niedziele i święta
z samotności umiera się bardziej
od niedowierzań

sobota, 12 sierpnia 2017