Wszystkie prawa zastrzeżone. Wiersze nie mogą być wykorzystywane i powielane bez zgody autora.
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)
Moje zdjęcie

Ja - uczuć oceany skondensowane w kropli
Ja - myśl destylowana z potoku filozofii

wtorek, 27 maja 2014

Pocztówka z małego miasta



Był deszcz, oczyścił atmosferę
Zmył z krzyżówek ulic
Przerysowane wiadomości
Wyostrzył kontury prawdy

Płaczą jeszcze szyby sklepów
Wczorajszą skończoną promocją
Nie mamy sobie nic do powiedzenia

Ponad to, co niedopowiedziane wczoraj

Wyparowuje z asfaltu Rynku
Ostatni nocny drift gówniarzy
Nabuzowanych przed burzą
Pocieraniem ciekłokrystalicznych ciał

Jest jaśniej, lepiej, lżej
Wyglądać przez okno
Podziwiać niebo, co spadło
Z łoskotem w kałużę

Narodziłam się na chwilę
Żeby jutro umrzeć
Z tęsknoty za kolejną
Burzą.





niedziela, 25 maja 2014

Dziki

Przychodzę Panią prosić
by wyszła Pani ze mną
na targ, przez park
Co noc,
bo w nocy moc
i dzikość budzi się zwierzęca

A Pani - dama
czemu więc na kolanach ?
i rosa rzęs co dzień ta sama
Wyjść w deszcz
jak zwierz
pod nocy płaszcz
łez potok ukryć w dżdżu

Mam tysiąc własnych ścieżek
Niech Pani jedną z nich wybierze
Pójdziemy dzicy
w noc
Pani i ja
trop w trop


piątek, 23 maja 2014

Wersja ostateczna

Ja - uczuć oceany
Skondensowane w kropli
Ja - myśl destylowana
Z potoku filozofii

piątek, 16 maja 2014

Płynny

Czekałam deszczu 
jak oczyszczenia 
Pod parasolem 
krzyczę i milczę
Kałużą płyną 
donikąd myśli 
przelewam z niej
łyżką na kartkę 
wiersz 
o niczym 
niczyim 
że boli 
to nic





środa, 14 maja 2014

Zabłudowski wyrzut sumienia

    Nie ma takiego drugiego miejsca w mieście. Uciekam tam, kiedy potrzebuję rozmowy. Choć to bardziej monolog niż konwersacja. Przychodzę, przyjeżdżam, pełznę do tej ciszy, rozpostartej między „kowalowskim lasem” a drogą do „świętej wioski”. Za każdym razem przynoszę ze sobą kamień i kładę go na ogrodzeniu, to taki mój dowód pamięci.

   Ze starego żydowskiego cmentarza, bo o nim mowa, rozpościera się widok na całe moje miasteczko, leniwe i nieprzyjazne, choć mieszka w nim wielu dobrych i uczciwych ludzi. Z tego miejsca można zakosztować pewnego rodzaju dystansu do bieżących spraw. Cisza cmentarza pozwala ogarnąć myśli, ułożyć co niepoukładane, wchłonąć elementy przyrody kojące umysł, wzrok i słuch.

   Cmentarz latem zawsze porasta wysoka trawa, ledwie można w niej zauważyć szare bezimienne nagrobki bez macew. Wyglądają jak zabłudowski wyrzut sumienia, o którym wydaje się, w miasteczku wszyscy chcieliby zapomnieć.

   Nekropolię otoczono jakby z przymusu, murkiem z kamieni. Wyznacza on teren, ale pozwala też przysiąść na chwilę, odpocząć, pomyśleć. Kamienie zespolone niechlujnie cementową zaprawą, znikomym kosztem załatwiły sprawę pamięci o dawnych mieszkańcach miasteczka.

   Kocham to miejsce z pewnego wyjątkowego powodu. Na cmentarzu, tuż przy ogrodzeniu rośnie ogromny krzak bzu. W maju, kiedy krzak zakwita, pszczoły rozpoczynają swoje „modlitwy” za dusze zmarłych tam pochowanych. Tylko na taki Kadisz mogą liczyć, pochowani tam ludzie. Pod krzakiem wypatrzyłam kiedyś rodzinę jeży. Małe kolczaste kuleczki znalazły tam swój spokojny dom. Bezpieczeństwo, które odebrano zamieszkującym niegdyś w Zabłudowie „starszym braciom w wierze”.

   Punktem centralnym cmentarza jest betonowy, wybijający się z otoczenia nagrobek Rabina. Przez dziury w budowli, latem do środka wpadają promienie słońca. Myślę sobie, że zabłudowski Rabin zasłużył sobie na o wiele więcej, niż tylko ciepło darowane z nieba. Oprócz mnie, odwiedza Rabina ktoś jeszcze, nie wiem kto, nigdy nie spotkałam tam innych osób, ale ślady obecności są tam wyraźnie widoczne. Czasami ktoś zostawi tam pustą butelkę po winie, ale zdarzają się też gesty godne pochwały, znicze stawiane na nagrobku w Zaduszki, to nic, że z krzyżem. Ważne, że są.

   Rabin stał się dla mnie wyjątkowo bliski. Jako młoda ciekawska dziewczyna próbowałam odszyfrować, napis na jego nagrobku. Przyszłam na cmentarz z płachtą cienkiego papieru, odbiłam na nim ołówkiem resztki liter z nagrobka, poprosiłam księdza, który uczył mnie religii w liceum, a który na hebrajskim znał się jak mało który ksiądz, o przetłumaczenie znaków. Niestety nie udało się. Rabin pozostał dla mnie bezimienny ale to nie powód, żebym miała o nim nie pamiętać.

   Pamiętam, za siebie i za wszystkich tych, którzy pamiętać o dawnych mieszkańcach Zabłudowa nie chcą.

Archiwalne zdjęcie ohelu cadyka (źródło: Księga Pamięci Zabłudowa)

niedziela, 11 maja 2014

Od linijnki

Łączą nas kilometry dróg
i oceany słone
z jednej pite szklanki
spajają nocne nieba
tak samo odbite
w kałużach źrenic
Lata świetlne uśmiechów
marszczą

kąciki ust
dzieli nas milimetr...
niezrozumienia

sobota, 10 maja 2014

Artykuł w wersji elektronicznej o spotkaniu laureatów konkursu "Białystok Poetycki" w którym uczestniczyłam, można przeczytać tu: http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20140507/OBSERWATOR/140439975

piątek, 9 maja 2014

hmm.... to ten... stary wierszyk, ale osadzony w zabłudowskim klimacie

ZZA JARZĘBINY


To jak oglądanie bajki na dobranoc
Film co na białym płótnie się rozlewa
z okna na piętrze spoglądam w przestrzeń
jak kot co spłoszony boi się zejść z drzewa

A przestrzeń tego lata wyjątkowo cicha
ulica milczy jakby odejść miała
sklep naprzeciwko jakby mniej oddycha
kaszle melancholią co w kolejce stała

Moje szczęście przechodzi zamaszystym krokiem
z przewieszonym przez ramię zwykłym zadumaniem
Pies od łańcucha schował się pod krzakiem
czeka aż przyjdę,wierszem go nakarmię

Płyty chodnika pogrywają marszem
obcasów metronom gubi tempo w biegu
listonosz niesie wieści od e-maili starsze
ktoś na nie czeka, ktoś się nie chciał przemóc

Zdziwiona jarzębiną, co czerwona wcześnie
kładę ciężką od tęsknot, na parapet głowę
pooglądam jeszcze zanim w niebyt pierzchnę
zanim wszystko minie pomaluję słowem.



środa, 7 maja 2014

Moi drodzy Czytelnicy !

Chciałabym się trochę wytłumaczyć ze swoich tekstów, bo prędzej dam sobie głowę ogolić niż pozwolę żeby komukolwiek stała się krzywda z powodu moich tekstów.

Moje opowiadania nie są wymierzone przeciwko nikomu personalnie, nie mają na celu też nikogo drażnić, nie wyrażają poglądu jakiegoś bliżej niesprecyzowanego ogółu. Nie piszę też na zlecenie. To moje opowiadania i moje opinie i przemyślenia, w których chcę pokazać swoją tęsknotę, sentyment za pozytywnymi czasami w historii naszego miasteczka. Moje teksty nie są próbą reportażu, często zawierają nutkę literackiej fikcji.  Nie wytykam w nich błędów, bo sama je popełniam, nie strofuję bo nie jestem wyrocznią i nie pozjadałam wszystkich rozumów, jak się niektórym wydaje. Jestem tylko szarym zwykłym i wyjątkowo głupim mieszkańcem uroczego miasteczka, w którym można zrobić wiele dobrego. Nie znam też wszystkich aspektów życia w Zabłudowie i pewnie nigdy nie będę znała. Jak widzicie, nie ukrywam swojego nazwiska, wszyscy możecie mnie poznać, zobaczyć, dotknąć, opluć. Bardzo bym prosiła jedynie, jeżeli miałaby się toczyć jakakolwiek dyskusja na temat moich wpisów, niech to będzie dyskusja jawna. Nie chciałabym także, żeby któremuś z moich przyjaciół stała się jakaś krzywda z powodu moich rozważań. Wszyscy, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że na język nie choruję, ale nie jest moją intencją żeby konsekwencje za moje źle zrozumiane opinie ponosiły osoby postronne. Dlatego jeżeli ktokolwiek miałby ponieść odpowiedzialność za moje słowa, powinnam to być tylko i wyłącznie ja.

A teraz z innej beczki.

Jeżeli jest w miasteczku ktoś, kto ma siły, ochotę, zapał i odwagę do zaangażowania się społecznie w działalność na rzecz kultury w Zabłudowie, niech zgłosi się do Klubu pod Burmistrzem w piątek o godzinie 20. Możecie zrobić kilka naprawdę fajnych rzeczy. Zapraszam w imieniu moich przyjaciół o wielkich sercach i otwartych ramionach.

Jakoś się kręci



Pewnego pięknego dnia po prostu się stało. Nie pamiętam kiedy i czy było to nagle, czy ciągnęło się latami. Pewnie miałam co innego do roboty, zamiast przyglądać się znaczącym zmianom jakie zachodziły w naszym miasteczku. Grunt, że Rynek, historycznie kwadratowy, nieco się zaokrąglił a do kanonu mojego słownictwa weszło na stałe wyrażenie „jakoś się kręci” w odpowiedzi na pytanie - „co słychać w Zabłudowie?” Wszystko za sprawą rosnącego ruchu na krajowej 19 i Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad ( celowo nie używam skrótu instytucji, bo pełna nazwa jest tak podniosła w pierwszej części, jak i zupełnie śmieszna w drugiej, że staje się absolutnie wyjątkowa) Zabłudów stał się posiadaczem ronda i nie chodzi tu o otok kapelusza, o nie. Chodzi o prawdziwe skrzyżowanie o ruchu okrężnym. Zrobiło się "miejsko", żeby nie powiedzieć światowo.

Wprowadziło to spore zamieszanie w miasteczku. Dziadkowie wyciągający raz w tygodniu ze stodół auta, aby pojechać we wtorek na tzw. ryneczek, babcie umiejące parkować tylko pod kościołem oraz ci którzy umieli skręcać tylko w prawo ( do których początkowo także i ja się zaliczałam) wpadli w popłoch. Sama byłam świadkiem krążenia po rondzie kilku delikwentów w kierunku przeciwnym do nakazanego Kodeksem Ruchu Drogowego. Paradoksalnie zrobiło się też bezpieczniej. Rondo wybudowano tak ciasne, że Tiry ciągnące w stronę granicy musiały maksymalnie zwalniać, żeby się zmieścić, ułatwiło to życie dzieciakom, bojącym się wejść na przejście dla pieszych w drodze do szkoły. No a zimą... zimą... jest zimno, i ślisko, jak to zimą, ale na rondzie jest dwa razy bardziej zimno i dwa razy bardziej ślisko. Taki miejscowy fenomen. Brakuje jednak w miasteczku dobrego fizyka, który wytłumaczyłby zjawisko zamarzania posolonej nawierzchni.

Nie pamiętam już, czy było to pierwszej zimy po wybudowaniu, czy zdarzyło się to w dwa lata później, grunt, że zabłudowskie rondo stało się miejscem rozrywki moich znajomych. Rozrywka polegała na robieniu "orła" tudzież "anioła" na ośnieżonej, okrągłej jak cycek powierzchni po środku skrzyżowania. Podobno zabawa była przednia, sama jednak nie miałam odwagi spróbować, ale widok kierowców z otwartymi buziami ponoć jest bezcenny i pewnie następnej zimy zdecyduję się na takie szaleństwo, nawet kosztem reputacji.

Rondo się przyjęło, do tego stopnia, że przemianowano na "Rondo" starą knajpę "Zabłudowiankę". Dzięki Bogu, za zmianą nazwy lokalu poszły też inne zmiany, głównie jakościowe i personalne. Teraz można spokojnie posiedzieć w "Rondzie" przy okrągłej jak rondo pizzy i popatrzeć na rondo i wirujący wokół niego ruch.

Jakoś tylko dziwnym się stało, że przez kilka ładnych lat funkcjonowania, nikt w Zabłudowie nie zdecydował się ronda nazwać. Sama nie wiem, czy to przeoczenie naszych władz, czy może szacowna wymieniona na początku instytucja stanęła w poprzek ronda i zabroniła nazywania swojej własności. Nie wiem nawet, czy odbyło się kiedykolwiek oficjalne przecięcie wstęgi, czy inna równie podniosła ceremonia z całym namaszczeniem ze strony władz samorządowych i duchowych. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby rondo zabłudowskie zyskało jakąś choćby nieformalną nazwę, wszak już się z nim oswoiliśmy i jest nasze, jak nasza jest „Krasna Góra” czy „Koziniec”. Drodzy czytelnicy domagajcie się nazwy dla naszego ronda. Chętnie przyjdę z półsłodkim winem na jakieś prywatne, małe przecięcie wstęgi.

niedziela, 4 maja 2014

GRYPA

Moją szkołę trzeba było przetrwać. Każdy miał na to inny sposób. W naszym liczącym 2,5 tysiąca mieszkańców miasteczku pomysłów na to, było co najmniej tyle, ilu mieszkańców.

sobota, 3 maja 2014

GEOMETRIA NIEKULTURALNA



   Każde małe miasteczko ma swoje charakterystyczne miejsce, materialne, duchowe, kulturalne. Gdzieś, gdzie człowiek - istota społeczna z natury i stadna, może się zaczepić i z całą pewnością stwierdzić „ja tu należę, tu mnie chcą”. Miejsce do którego się wraca, za którym się tęskni, pamięta po wielu latach jego zapach, atmosferę, ludzi. Miejsca przyjemnego, przyjaznego, integrującego, z otwartymi na oścież drzwiami i ramionami.
     W moim miasteczku od strony zachodniej Rynku, funkcję integracyjną pełni parking pod Bankiem.

czwartek, 1 maja 2014

Wracam jutro

Oblizałam już szklankę
z pomarańczowego światła
z lodem. Próżno szukać okna,
którym da się wyskoczyć
na inne miasto, bez granitu
i podświetlanych samotności.
Chodź, przejdziemy się Aleją,
Rynkiem, zgubimy, procenty,
kilogramy, tęsknoty.
Dwa złote zapłacimy w knajpie
za integrację, wierzchnich okryć,
za przeniesienie obcego zapachu
i włosa na rękawy.
Niech ktoś o nas pamięta,
kiedy wrócimy do siebie jutro,
próbując ogarnąć sens
długości przyprostokątnej przyległej
dzielonej na długość
przeciwprostokątnej Adama.