Wszystkie prawa zastrzeżone. Wiersze nie mogą być wykorzystywane i powielane bez zgody autora.
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)
Moje zdjęcie

Ja - uczuć oceany skondensowane w kropli
Ja - myśl destylowana z potoku filozofii

sobota, 19 lipca 2014

BASY

    Kiedy pierwszy raz pojechałam na Basy, a było to ponad dwadzieścia lat temu, nie myślałam jak będzie, co będzie, jak wrócę i czy w ogóle wrócę. Założyłam jakiś własnoręcznie malowany T-shirt, wsiadłam w autobus do Michałowa, w potem żywioł.

  Na ekipę z Michałowa zawsze można było liczyć. Nie mieliśmy komórek, internetów, nie wiem nawet w jaki sposób odbywała się między nami komunikacja. Jakoś było. Może lepiej niż dziś. Jak chcieliśmy się zobaczyć, to się widzieliśmy. Nie było wymówek, że nie mogę, nie chce mi się, mam robotę. Były Basy i trzeba było się zmobilizować.

   Z Michałowa zazwyczaj jechaliśmy do Gródka stopem, wracaliśmy natomiast różnie, czasami piechotą, czasami ktoś nas podwiózł, czasami nocowaliśmy u zaprzyjaźnionego Romana, 20 osób w jednym pomieszczeniu, jeden przy drugim jak śledzie w puszce. Kiedyś wracając piechotą ( a z Gródka do Michałowa jest około 10 kilometrów) złapała nas w drodze burza. Przemokliśmy do suchej nitki, ale to nic w porównaniu z koncertem szanty jaki daliśmy po drodze, przy blasku błyskawic i iluminacjach na niebie. Odkryłam wtedy nieoczekiwanie, że mój przyjaciel Kornel oprócz talentów pirotechnicznych i sprawnego posługiwania się igłą i nitką, ma głos jak dzwon i niewątpliwy talent śpiewaczy, a w duecie z Czarkiem tworzą niesamowitą harmonię dźwięków.

Ochrypliśmy po tej wyprawie, a zmokliśmy tak, że zmyło mi z głowy rudości, a Czarka nie poznał jego własny pies. Suszyłam się potem dwa dni, koczując w Michałowie w pokoju Czarka ubrana w jego ulubioną kraciastą koszulę. Mama nie była zadowolona, ale lubiła Czarka więc uniknęłam ostrej bury.

   Ale miało być o Basach. No więc impreza zawsze była dla mnie świętem. Mimo, iż większość kapel śpiewała po białorusku, a ja z tym językiem, mimo zamieszkiwania w wielokulturowym miasteczku, byłam i jestem na bakier. Impreza odbywała się w miejscu nazywanym „Uroczyskiem Boryk”. Już sama nazwa przyprawiała o dreszcz, a co dopiero szukanie tego miejsca, nieraz po ciemku, w lesie. Do tej pory nie wiem jak tam trafić, choć byłam tam wiele razy, no ale mam wyjątkowy talent do gubienia się nawet w hipermarkecie.

Na początkach Basów, kulała nieco organizacja, ale nam młodym to nie przeszkadzało, sikaliśmy w krzakach, odpoczywaliśmy na trawie pod sosnami, nie przeszkadzały nam decybele przekraczające normę, ani tłum w którym można było się zgubić. Jechało się na Basy, zobaczyć ludzi, poskakać przy ostrej muzyce, zobaczyć na scenie znajome twarze, pokrzyczeć z innymi „żywie bielaruś”

   Dziś to nie przejdzie. Wszyscy wyrośliśmy. Mamy zmarszczki i musimy mieć „sprzyjające okoliczności” do załatwiania fizjologicznych potrzeb. Nie jeździmy stopem, nawet nie jeździmy własnymi autami, bo problem z parkowaniem staje się nie do pokonania. O godzinie 22 chodzimy spać, i musimy mieć do tego łóżko z kompletem czystej pościeli. Nocleg u Romana byłby dziś nie do przyjęcia. Pewnie też nie przeszłaby wyprawa w deszcz.

   Postarzeliśmy się, a na Basy przyjeżdżają inni młodzi, którym nie straszne mroki Boryku. Trochę zazdroszczę i trochę mi żal.

fot. Kresy24.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz