Wszystkie prawa zastrzeżone. Wiersze nie mogą być wykorzystywane i powielane bez zgody autora.
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)
Moje zdjęcie

Ja - uczuć oceany skondensowane w kropli
Ja - myśl destylowana z potoku filozofii

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Zabłudowski Artystyczny Nieład Part 2. Monika Woronicz strzela i to celnie

Monika Woronicz jest Zabłudowianką. Ma zaledwie 16 lat, a na swoim koncie sukcesów więcej niż niektórzy literaci po czterdziestce. Uczy się w białostockim IV L.O. w klasie humanistycznej i marzy o dziennikarstwie. Pasjonuje się teatrem i literaturą. Pisze i próbuje się w różnych dziedzinach literackich. Miała swój udział w publikacjach "Zabłudowianie. Album Rodzinny" oraz "W naszej gminie są rycerze". Monika napisała scenariusz i wyreżyserowała sztukę "Ludożercy" która zajęła I miejsce w Przeglądzie Teatralnym "Dramat i tragedię pozostaw teatrowi".
 Opowiadanie, które dziś prezentujemy, zostało wyróżnione na Ogólnopolskim Przeglądzie Młodzieży Literackiej i wraz z innymi nagrodzonymi pracami doczekało się publikacji w antologii pokonkursowej.
Dziękujemy Monice za możliwość zapoznania się z fragmentem jej twórczości i mamy nadzieję, że jeszcze nie raz o niej usłyszymy. Wieszczymy jej świetlaną przyszłość.



STRACH

Autor:
Monika Woronicz

-Cześć!- wesoło rzuciła Zośka, wchodząc do biura.
Spojrzałem na nią kątem oka. Wyglądała zabójczo. Czy to normalne, aby zajęta, młoda kobieta ubierała się do pracy w tak nieprzyzwoity sposób? Krótka, biała sukienka eksponowała jej piękne nogi, góra stroju także w niczym nie przypominała habitu.
-Cześć-odparłem sucho.-Niepotrzebnie zadawałaś sobie tyle trudu, by tak wcześnie przyjść do pracy-próbowałem ironizować, bezskutecznie. Nienawidziłem jej tendencji do spóźnień.
-Strasznie się ostatnio nerwowy zrobiłeś, Marcinku. Wyjrzyj przez okno, wiosna przyszła, a ty zaczynasz dzień od zrzędzenia-zaszczebiotała.- Wyszedłbyś do ludzi, jak cię znam, na pewno kolejną noc przesiedziałeś w biurze. Przesadzasz z tą robotą. Wykończysz się kiedyś, w najlepszym wypadku zostaniesz starym kawalerem-zachichotała. -Popatrz na mnie. Poznałam wspaniałego mężczyznę, nareszcie jestem szczęśliwa…

Automatycznie się wyłączyłem. Nie mogłem słuchać tej paplaniny. „Kuba to, Kuba tamto”. Wysiadałem. Znamy się z Zochą od liceum. Kupa czasu, wiele razem przeszliśmy. Kochałem ją, cóż na to poradzę. Kilka razy próbowałem jej nawet powiedzieć, co do niej czuję. Na próżno, zawsze brakowało mi odwagi. Zresztą i tak ona nigdy nie spojrzała na mnie jak na faceta. Kumpel z policji, Jacek, tłumaczył mi, że kobiety instynktownie czują takie rzeczy i że Zośka na pewno od dłuższego czasu wie, co się święci. Też mi pocieszenie. Średnio raz w miesiącu kobieta mojego życia przedstawiała mi coraz to wspanialszego księcia z bajki, oznajmiając, że jest on legendarnym „tym jedynym”.
-Kubuś ma siostrę, Anię. Pasowalibyście do siebie. Trochę zwariowana, ale z jakim temperamentem! Może wybrałbyś się z nami dzisiaj do klubu? Rozerwałbyś się trochę, namówilibyśmy też Ankę. Będzie super, zobaczysz. Ogarnij się tylko trochę, ogól, zarosłeś, jak grób nieznanego…
Przerwał jej dzwonek telefonu. Czy kobiety naprawdę muszą tyle gadać? Podeszła do biurka. Uderzył mnie zapach świeżych wiśni, tak charakterystyczny dla Zośki.
-Biuro Detektywistyczne, Zofia Keller, słucham?- zawiesiła głos.- Proszę pana, proszę się uspokoić… Ależ oczywiście, wszystko rozumiem… Proszę przyjść do biura… Jak najszybciej, dobrze?... Naturalnie, sprawdzimy wszystkie poszlaki… Koniecznie!... Czekam, do zobaczenia!
Usiadła na krześle, przewracając oczami.
-Świr jakiś, panikuje, że mafia czyha na jego życie. Zaraz przyjdzie, dowiemy się czegoś więcej. Kawy chcesz? Tylko uważaj, roztrzęsiony trochę jest, nie palnij jakiegoś głupstwa. Wracając do Anki, to naprawdę świetna dziewczyna, koniecznie musisz ją poznać. Sypaną, czy rozpuszczalną? Zawsze masz ochotę na inną. Bardzo ładna, troszkę od ciebie młodsza, wygadana, inteligentna, wymarzona kandydatka na żonę…
Szkoda tylko, że nie jest tobą-mruknąłem tak, by mnie nie usłyszała.

II
Pół godziny później do naszego biura wszedł czterdziestokilkuletni mężczyzna. Na moje oko, wcale nie wyglądał na świra.
-Dzień dobry, Jerzy Chmielewski. To ja do państwa dzwoniłem-odezwał się pierwszy.
-Marcin Grabowski, detektyw. Proszę usiąść. Napije się pan czegoś?- zagaiłem.
-Dziękuję, proszę nie robić sobie kłopotu.
-Podejrzewa pan, że pewna grupa ludzi czyha na pańskie życie. Proszę nam o tym opowiedzieć- Zośka od razu przeszła do konkretów.
-Boję się. Od kilku dni cały czas ktoś mnie śledzi, próbowano się do mnie włamać, moja matka mieszkająca w Warszawie dostaje anonimy z pogróżkami-głos mężczyzny zaczął się łamać.
-Czy istnieje jakiś powód, dla którego ktoś mógłby chcieć pańskiej krzywdy?- zapytałem, coraz baczniej obserwując naszego klienta.
Mężczyzna zamilkł. W jego oczach pojawiło się zagubienie, przez moment sprawiał wrażenie, jakby przestał kontrolować sytuację.
-Kilka miesięcy temu wyszedłem z więzienia. Drobne porachunki z mafią. Chyba przeszłość zaczyna się o mnie dopominać-gorzko się zaśmiał.
-Rozumiem. W takim razie przejdźmy do konkretów. Czego pan od nas oczekuje?- zapytałem.
-Ochrony. Dobrze zapłacę-odparł.
-Rozliczymy się później-Zosia anielsko się do niego uśmiechnęła.-Mógłby pan podać nam swój adres?
-Naturalnie-mężczyzna podał mojej koleżance małą, zmiętą karteczkę.-Od kiedy państwo zaczynają?
-Za półtorej godziny jesteśmy przed domem. Gwarantujemy pełną dyskrecję- odpowiedziała Zocha.
-Dziękuję. Do zobaczenia-mężczyzna wyszedł, lekko trzaskając drzwiami.
-Co o tym wszystkim sądzisz? -Zosia odezwała się pierwsza.
-Nie wiem. Coś mi tu śmierdzi. Według mnie, gość nas trochę ładuje.
-Jejku, Marcin, znowu zrzędzisz!- westchnęła, przewracając oczami.- Ubieraj się lepiej, zaraz wyjeżdżamy.

III
Kilkadziesiąt minut później siedzieliśmy w małym, czerwonym fiacie, obserwując posiadłość naszego klienta.
-Późno się robi, nie sądzisz?- zapytała mnie Zosia, dopijając ostatni łyk herbaty z termosu.-I troszkę chłodno, dorobimy się niezłego kataru.
-A mafii od pana Jurka jak nie było, tak nie ma-próbowałem zażartować.
-Marcin… Ja naprawdę się o ciebie martwię. Znamy się od tylu lat. Chciałabym, abyś ułożył sobie życie, miał szczęśliwą rodzinę…- głos mojej przyjaciółki był ciężki, stanowczy.
-Wiem, Zocha. Doceniam to wszystko. Również chciałbym, abyś była szczęśliwa. Szczerze? Każdy kolejny facet, którego mi przedstawiasz, jest totalnym burakiem-chciałem, aby te słowa zabrzmiały jak najbardziej obojętnie. Chyba nie do końca mi się to udało. Mimo ciemności panującej w aucie, Zosia próbowała bacznie mi się przyjrzeć.
-Zauważyłam, że ich nie lubisz-ziewnęła.
-Może spróbujesz zasnąć?- zmieniłem temat. –Będę czuwał.
-Obudź mnie za godzinkę, zmienię cię.
Zośka wtuliła się w moje ramię. Szlag by to wszystko trafił. Po kilku minutach poczułem jej miarowy oddech. Zasnęła. Musnąłem dłonią jej delikatne, brązowe włosy. Kolejny raz stchórzyłem, pięknie.
Była 5.15, kiedy obudziły nas reflektory policyjnych radiowozów.

IV
Jacek zastukał w szybę samochodu. Wyszedłem z auta, podając kumplowi rękę.
-No, gołąbeczki, troszeczkę żeście zaspali na posterunku-nerwowo się zaśmiał.
-Co się stało? –byłem nieźle przestraszony.
-Mafiosi zaciukali wam klienta. Daliście dupy, nie ma co.
Zakręciło mi się w głowie.
-Jerzy Chmielewski nie żyje?- wydusiłem.
-Pięknie go skatowali. Aż ciężko rozpoznać… Facet czuł, że umierał. Za jaja bym tych gnojków powiesił, psiakrew.
-Kto znalazł ciało?
-Przyjaciel truposza, zaraz wam go podeślę. Jest głównym podejrzanym, odciski jego palców znaleźliśmy w całym domu. A wy tak co, razem, w jednym aucie…- Jacek dał mi sójkę w bok.
-A idź w cholerę, nie mam ochoty na twoje głupie żarty!- wysyczałem.
Pożegnałem się z kumplem, po czym wróciłem do auta.
-Jerzy…- zacząłem.
-Wszystko słyszałam, nie musisz się wysilać. Co my teraz zrobimy?- Zośce łamał się głos. Niby tyle lat siedzi w tym syfie, a za każdym razem i tak wszystko przeżywa na nowo.
Do samochodu podszedł wysoki, szczupły mężczyzna, zapewne przyjaciel ofiary. Wpuściliśmy go do środka.
-Dobry wieczór. Nazywam się Andrzej Zawadzki. Jestem… Byłem przyjacielem Jurka. Podobno chcą państwo ze mną rozmawiać-rzekł pewnym tonem.
-Zofia Keller, Marcin Grabowski, Biuro Detektywistyczne- pokazałem mu nasze odznaki.- Chcielibyśmy, aby złożył pan zeznania.
-Poproszę tylko pański dowód osobisty, dobrze?-wtrąciła się Zosia.
-Proszę bardzo. Będą mi państwo zadawali pytania?-zapytał.
-Tak. Od jak dawna znał się pan z ofiarą?- zacząłem.
-Od pięciu, może sześciu lat. Dawniej byliśmy sąsiadami, pół roku temu przeprowadziłem się na inne osiedle.
-Czy pan Jerzy miał jakichś wrogów?
-Nic mi na ten temat nie wiadomo.
-To pan znalazł ciało, prawda?- wtrąciła Zosia.
-Tak… Okropny widok… Znalazłem go w salonie,to straszne…- przyjaciel ofiary zaczął zanosić się płaczem.
-Chyba wystarczy na dzisiaj- powiedziała Zosia, wskazując palcem na Jacka, który wyglądał do nas zza szyby samochodu.
Otworzyłem mu drzwi.
-Panie Andrzeju, jest pan zatrzymany pod zarzutem morderstwa Jerzego Chmielewskiego. Zapraszam do radiowozu.
Odeszli, pozostawiając nas samych.

V
Z więzienia wypuścili mnie dopiero po 48 godzinach. Nie, nie zostałem oczyszczony z podejrzeń- policji brakowało twardych, jednoznacznych dowodów przeciwko mojej osobie. Nie wiedziałem, co mam o tym wszystkim sądzić. Mój przyjaciel został brutalnie zamordowany, a ja jestem głównym podejrzanym. Kompletnie nie odnajdowałem się w tej kretyńskiej sytuacji.
Chyba musiałem odpocząć. Tak, to prawdopodobnie był powód, dla którego postanowiłem wyjechać. Na obrzeżach miasta miałem działkę. Stał tam mały domek. Kiedy żyła moja żona, spędzaliśmy tam prawie każdy weekend. Cisza, spokój, zieleń lasu-to było coś, co nas odprężało, dawało siłę do życia w szarym, smutnym, ogromnym mieście.
Musiałem tam jechać. Jakaś niewytłumaczalna siła kazała mi znaleźć się tego wieczoru na mojej działce-w miejscu, gdzie zawsze odnajdywałem spokój ducha. W miejscu, gdzie od czasu śmierci żony zawsze byłem sam.

VI
Kiedy znalazłem się na działce, czułem, że nie wszystko układa się tak, jak powinno. Myślałem, że jest to wynik ostatniego stresu, próbowałem nie przywiązywać do tego wielkiej wagi.
Wszedłem do mojego domku, zapaliłem światło. Próbowałem się uspokoić, przechodziłem przez kolejne pokoje: mała kuchnia, sypialnia, później salon.
W ostatnim pomieszczeniu zobaczyłem mężczyznę, który siedział na fotelu.
Na dźwięk moich kroków, facet odwrócił głowę w moją stronę.
Był nim Jerzy Chmielewski, mój przyjaciel, który rzekomo zginął kilka dni temu.
Zemdlałem.

VII
-Jurek?- wychrypiałem. Były to moje pierwsze słowa po kilkunastominutowej utracie przytomności.- To naprawdę ty?
Mój przyjaciel gorzko się zaśmiał.
-Może podać ci wody?- zapytał.
-Przecie ty nie żyjesz, zabili cię kilka dni temu…- nie poznawałem własnego głosu.
-Zabili, nie zabili, długa historia…- odpowiedział Jurek, podając mi szklankę wody.-Masz, pij, strasznie blady jesteś. Usiądź, zaraz ci wszystko opowiem.
Na chwiejnych nogach podszedłem do kanapy. Nic nie wskazywało na to, że tej nocy którykolwiek z nas choć na chwilę zaśnie.

VIII
-Widzisz… Kiedy kilka dni temu znaleźliście moje ciało… To nie byłem ja…
-Zdążyłem zauważyć- prychnąłem.- Przez ciebie wpadłem w niezłe bagno, policja oskarżyła mnie o morderstwo, teraz prawie nie zszedłem na zawał. Byłbym wdzięczny, gdybyś spróbował mi to wszystko wyjaśnić.
-Proszę cię, przestań się denerwować. Pamiętasz, kilka tygodni temu mówiłem ci, że mam pewne problemy. Nigdy o tym nie wspominałem, ale osiem lat temu wyszedłem z więzienia. Byłem zamieszany w mafijne porachunki, zajmowałem się przemytnictwem. Można powiedzieć, że teraz moja przeszłość zaczęła się o mnie dopominać. Od jakiegoś czasu dostawałem dziwne anonimy, moi dawni „przyjaciele” grozili mi śmiercią. Żyłem w ciągłym strachu. Postanowiłem, że muszę coś z tym wszystkim zrobić.
Od dzieciństwa przyjaźniłem się z pewnym Tomkiem. Był on łudząco do mnie podobny, nie tylko z charakteru, lecz przede wszystkim z wyglądu.
Miałeś przyjechać do mnie we wtorek, pamiętasz? Wcześniej byłem umówiony z Tomaszem.
Zamordowałem go z zimną krwią, prawie bez żadnych skrupułów. Tak bardzo się bałem, za wszelką cenę chciałem żyć… Rozumiesz mnie? Zasługiwałem na to, by żyć, 10 lat spędziłem w więzieniu, tyle mnie ominęło! Uciekłem tego samego wieczoru. Przyjechałem tu, na twoją działkę. Kiedyś dałeś mi klucze, powiedziałeś, że mogę z niej korzystać, kiedy tylko będę miał taką potrzebę…
-Jurek, to nie może być prawda. Nie zabiłeś go, wszystko to jakiś głupi sen, prawda?- zapytałem.
-Andrzej, jaki ty jesteś naiwny… -zaśmiał się w odpowiedzi, wyciągając ku mnie pistolet.
W tym momencie do domku wpadli uzbrojeni policjanci, w jednej chwili powalając Jerzego na ziemię.

Epilog
Nie jest to koniec opowieści o mężczyźnie, któremu strach odebrał zdolność do zdrowego myślenia, jego poturbowanym psychicznie przyjacielu oraz parze, pożal się Boże, detektywów, którzy nie potrafią ogarnąć nawet własnego życia. Tekst się skończył, historia trwa nadal.
Zacznę od pana Andrzeja- biedak, po tym całym zamieszaniu wylądował na odwyku. Nie wytrzymał tak dużego stresu. Aby się odprężyć, zaczął ćpać. Dwa tygodnie temu policja znalazła go na pewnym przystanku autobusowym, ledwo go odratowali.
Jerzy Chmielewski został skazany na 25 lat więzienia. Należy się draniowi, tyle w tym temacie. Dodatkowo, prokuratura wytoczyła osobny proces przeciwko ludziom, którzy grozili mu śmiercią.
Jeśli chodzi o mnie i Zośkę… Jutro mam być świadkiem na jej ślubie z Kubą. Dupa ze mnie, nie facet. Nie potrafię o nią zawalczyć, chociaż jest jedyną osobą w moim życiu, na której naprawdę mi zależy. Pierwszy krok wymaga odwagi, której wciąż mi brakuje. Wstyd się przyznać- panicznie boję się odrzucenia, to jest chyba mój największy problem.
Zabawne, kiedyś znałem pewnego faceta, który żył w ciągłym strachu.
Źle skończył.

© Monika Woronicz







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz