Egzystuję
pomiędzy dźwiękami. Między bim-bam na anioł pański o szóstej
rano a bim-bam na apel jasnogórski o dwudziestej pierwszej. Wierzę
jednak po swojemu, poza godzinami pracy Pana Boga i kościelnej
dzwonnicy. Wierzę w nocy, przez sen. Podobno co się śni, to
najgłębiej w duszy. A mi się śni wiara, w człowieka, w Boga, we
własne możliwości. Wiara w to, że umiem pływać, że uciekam
najszybciej, że się nie boję pająków.
Potem się
budzę i jedyny wspólny mianownik między tym co się śniło a tym
co rzeczywiste, to miejsce. Moje miasteczko, z którego nigdy nie
wyjechałam na dłużej niż dwa tygodnie i do którego wracam jak do
własnego łóżka. Dogmat mojej wiary usytuowany między parkanami
cmentarzy, wsparty o geometrię Rynku i dobrych ludzi. Małe miasteczko.