Wszystkie prawa zastrzeżone. Wiersze nie mogą być wykorzystywane i powielane bez zgody autora.
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)
Moje zdjęcie

Ja - uczuć oceany skondensowane w kropli
Ja - myśl destylowana z potoku filozofii

niedziela, 7 września 2014

"Stairway To Heaven" po zabłudowsku.


      „Stairway to heaven” - trwający osiem minut i dwie sekundy największy przebój w historii muzyki rockowej, wydany w 1971 roku przez grupę Led Zeppelin w albumie nazwanym przez fanów i dziennikarzy „Czwórką”. Niektórych denerwuje, innych zachwyca. Niesamowity popis, muzyczny kolaż stylów, od folku do psychodelicznego rocka. Dla mnie osobiście mistrzostwo świata,
także w sferze tekstowej, wymagający wyobraźni i znajomości charakteru twórcy, bo jak o tekście powiedział sam autor Robert Plant „Moja ręka sama zaczęła pisać słowa [..] Siedziałem tam po prostu, popatrzyłem na te słowa i o mało nie spadłem z wrażenia z krzesła”. Innymi słowy, na swojej robocie to trzeba się znać. Na pierwszych koncertach utwór jednak nie spotkał się z dobrym przyjęciem, głównie ze względu na długość, ale i na oczekiwania publiczności przyzwyczajonej do piosenek typu „Whole Lotta Love”. No cóż, nie da się dogodzić wszystkim na samym starcie. Utwór stopniowo dojrzewał w świadomości muzycznej słuchaczy i wkrótce znalazł się w czołówkach światowych list przebojów. Krytyka na samym początku wypowiadała się raczej niepochlebnie na temat utworu.

     Do rzeczy jednak, o Led Zeppelin wszyscy wiedzą pewnie dużo więcej niż ja. Wywód był jednak konieczny ze względu na skojarzenia, jakie przyszły mi do głowy po zobaczeniu jak realizuje się w moim miasteczku pewna inwestycja. 



   W Zabłudowie został niemal na ukończeniu remont ulicy Chodkiewicza i tak jak na początku utwór Zeppelinów, nie spotkało się to z aprobatą mieszkańców, mimo wstępnej euforii na wieść o inwestycji. Remont ciągnął się, dłużył, organizacja zakrawała o miano chaosu (pasowałaby tu melodia typu ”Chaos A.D” Sepultury – dygresja muzyczna autora) Widok siedzących w rowie bądź dumających, wspartych o łopaty robotników, przywodził mi na myśl piszącego ołówkiem na wymiętej kartce w studio pod ścianą Roberta Planta ( ciężka kurna ta praca twórcza). Wrzeszczący na innych użytkowników drogi, kierowcy wożący żwir na teren inwestycji, zdawali się brzmieć czasami jak Plant w ekstazie. Nie wiadomo było jak i którędy wybrnąć z tej psychodelii, która zaczęła się tak beztrosko.

    Stało się jednak i jest sukces. Jest w końcu asfalt, są studzienki kanalizacji deszczowej... ba nawet są fragmenty chodników. Radość niebotyczna. Dlaczego tylko mam jakiś niesmak? Znowu się okazuje, że przed wyborami można wiele, po wyborach wszystko wróci do normy i matki płaczące nad losem dzieci chodzących do szkoły po kolana w błocie po miejskich ulicach, znowu będą miały pole do popisu. Mieszkańcy osiedla „Marii Magdaleny” walczyli o solidną drogę od lat i na dobrą sprawę nie wiem, czy to walka mieszkańców coś wskórała, czy rzeczywiście przedwyborczy okres, myślałam też o wstawiennictwie św. Marii Magdaleny, której relikwie gościliśmy nie tak dawno na Podlasiu. Bo doczekaliśmy się cudu na miarę solówki Jimmy'ego Page'a.

    A teraz finał mojej opowieści i aż chciałoby się zaśpiewać z Plantem „And it makes me wonder”. Prawie na końcu Chodkiewicza na styku z ulicą Manteuffla powstał prawdziwy majstersztyk wieńczący dzieło ludzkich rąk. „Chodnik... donikąd”, jak Zeppelinowskie „Schody do nieba” zachwyca, powala, a jego sens wymaga wielkiej wyobraźni i … chyba znajomości technik wróżenia z fusów. Zastanawiamy się wszyscy widzący to cudo codziennie, dokąd chodnik ten wiedzie, bo ktoś się nieźle napracował nad kilkoma metrami deptaka. Trzeba był wyciąć dżunglę kilkunastoletnich tui, żeby wedrzeć się z tym chodniczkiem w ulicę Manteuffla. Ile go jest? Dokładnie nie wiem, może kilka metrów i kończy się równie niespodziewanie jak się zaczyna. Niemniej jednak jestem dumna z tego, że mimo wielkiego bezsensu, mamy w miasteczku swój „Chodnik donikąd” z płyty............ betonowej.


   Może kiedyś dostrzegę sens chodniczka i wielkość człowieka, który go zaprojektował. Możliwe że to geniusz na miarę facetów z Led Zeppelin. Dziś zostaje mi zaśpiewać pod nosem podziwiając chodniczek: „Ooh, it makes me wonder, Ooh, really makes me wonder.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz