Wszystkie prawa zastrzeżone. Wiersze nie mogą być wykorzystywane i powielane bez zgody autora.
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)
Moje zdjęcie

Ja - uczuć oceany skondensowane w kropli
Ja - myśl destylowana z potoku filozofii

wtorek, 14 października 2014

Urodzaj na marzycieli

     Zapewne każdy z Was ma swoje marzenia. Te wielkie i niedoścignione na miarę podboju kosmosu i te malutkie wielkości mrówki, których spełnienie jest na wyciągnięcie ręki. Nie mówcie mi że nie, sama je mam. Na naszych marzeniach buduje się świat, a raczej na dążeniach do ich realizacji.

    Pamiętam jak byłam małym dzieckiem,
a na podwórzu moich rodziców rosły dwie stare jabłonie. Wtedy to właśnie razem z siostrą Ewą i moją przyjaciółką Beatą obmyśliłyśmy plan zostania żeglarzami. Tak – żeglarzami ( nizinnymi i bez wody). Rozpoczęłyśmy realizację swoich marzeń od zbudowania okrętów. Na tych dwóch starych jabłonkach rozwiesiłyśmy skradzione mamie prześcieradła, olinowanie zrobiłyśmy z podprowadzonego ojcu sznurka do snopowiązałek, stara taczka służyła nam za szalupę na wypadek komendy Kapitana „Opuścić pokład!”. Na jednym z drzew wywiesiłam własnoręcznie namalowaną piracką flagę. Dokładność i realizm skrzyżowanych pod czaszką piszczeli docenił nawet sąsiad zza płotu, krzycząc od czasu do czasu z uśmiechem na ustach „Piraci, do abordażu!” Za papugę Kapitana robiła moja kotka Melania, która właziła na sam czubek drzewa, ale zleźć już sama nie umiała i drąc się wniebogłosy, imitowała okrzyk z bocianiego gniazda „Ląd na horyzoncie!” 
     Cudowne czasy. Myślicie, że na zabawach się skończyło? Pamiętając dziecięce igraszki na jabłoniach, w czasach liceum zapisałam się na obóz żeglarski. Nie umiejąca pływać chuda marzycielka, wytrzymała na obozie parę dni, ale za to nauczyła się porządnie wiązać liny, co przydało się później przy rozwieszaniu prania. Pływać się nie nauczyłam, ale tonąć tak. Mój szwagier, który kilka razy musiał mnie łowić z wody nad Siemianówką czy nad Narwią, zawsze twierdził, że to polowa sukcesu. Nie daję za wygraną. Czasami jeździmy z dziećmi na basen i próbuję dalej, choć ratownik zerkający na mnie i kręcący głową daje mi do zrozumienia, że nic z tego nie będzie. Może kiedyś wytatuuję sobie kotwicę na przedramieniu i chociaż tak zrealizuję choć namiastkę dziecięcych marzeń.

        Znacie mnie już trochę i wiecie, że chodzi o coś innego niż Wam się wydaje. Do rzeczy pani poetka.

    Znaleźliśmy się wszyscy w pewnym nadzwyczajnym miejscu czasoprzestrzeni, który zdarza się raz na parę lat, kiedy to z ciemnych kątów jak duchy o północy wylegają marzyciele. Cudowna sprawa.

     Taki przedwyborczy okres, trochę mnie bawi i trochę nawet inspiruje. Właśnie zaczęto mi obiecywać spełnienie marzeń. A to proszona jestem o wypełnienie ankiety i napisanie co bym chciała, a to obiecuje mi się załatanie dziur (?), szklane domy, przedszkola, boiska, korty tenisowe... ach... A ja chciałabym ten okręt i choć stopę wody pod kilem. Myślę, że to takie samo marzenie i równie możliwe do spełnienia w naszej rzeczywistości, jak asfalt na mojej ulicy, czy przedszkole dla moich dzieci. Zaraz, zaraz... moje dzieci nie są w wieku przedszkolnym ( no ale o wnukach trzeba by może pomyśleć ).

       Przypominam sobie, moje pierwsze wybory samorządowe. Poszłam na nie z dumą i nowym dowodem osobistym ( jeszcze wtedy papierowym, ze zdjęciem przyklejanym na kasztanowy klej i napisem - panna ) Jak ja wtedy wierzyłam, że mam wpływ na to co się stanie. Ileż mi wtedy naobiecywano - oprócz okrętu, chyba wszystko. Poszłam, zagłosowałam i... kurde nic. Rozżalona patrzyłam na to co się wokół dzieje, jak szybko się zapomina o ludziach ze świeżutkimi dowodami osobistymi i wielkimi marzeniami i wiarą. To był rok, w którym rozpoczęłam bunt przeciwko rzeczywistości – zaczęłam pisać piosenki. I w piosenkach miałam wreszcie to, o czym marzyłam.

           Patrzę sobie dziś, na ludzi kandydujących na różnorakie stanowiska w naszym samorządzie i myślę sobie, jakby to było wspaniale wiedzieć, w jaki sposób dzisiejsi marzyciele do tej pory realizowali swoje marzenia o dobrobycie naszej małej ojczyzny, albo raczej marzenia tych których chcą reprezentować. Chciałabym wiedzieć nie to, jakie mają wykształcenie, tytuły, półki z książkami, albo pasemka na fryzurze, ale to, co do tej pory zrobili dla nas. Bo jeżeli cokolwiek zrobili w tym kierunku, albo przynajmniej dołożyli wszelkich starań, żeby coś osiągnąć z korzyścią dla naszej społeczności, to można mieć pewność, że nie zmarnują ani jednej danej szansy. I tylko to byłoby dla mnie wskazówką i wytyczną, jak i na kogo mam zagłosować, nie jakieś ankiety, czy plakaty krzyczące „jestem najlepszy”, bo tak może każdy, a naprawdę najlepszym może być ten kto szanuje swoje i cudze marzenia i potrafi je urzeczywistnić, albo przynajmniej przyznać się, że nie da rady. Tylko taki żeglarz nie pośle nas na dno.

        Chciałabym zobaczyć, choćby ten symboliczny „tatuaż z kotwicą”, żeby uwierzyć, że się choć spróbowało zrobić cokolwiek.

      Resztę zostawiam czytelnikom do przemyślenia. Ahoj marynarze.


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz