Wszystkie prawa zastrzeżone. Wiersze nie mogą być wykorzystywane i powielane bez zgody autora.
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)
Moje zdjęcie

Ja - uczuć oceany skondensowane w kropli
Ja - myśl destylowana z potoku filozofii

piątek, 24 października 2014

Pilch, Stasiuk i izraelskie cytrusy

        Nadszedł wreszcie ten czas. Na półkach w sklepach królują znicze i chryzantemy, zmienia się organizacja ruchu na obrzeżach miast, w telewizji jakby więcej reklam zabawek ale na coca colę z Mikołajem jeszcze za wcześnie. Właśnie w tym czasie co roku pojawia się w sklepach coś na co czekam ze zniecierpliwieniem cały rok – zielone grapefruity. Za co je aż tak lubię? Z pewnością za ich smak, słodko-gorzki jak samo życie. Zielone grapefruity zwane także „Sweetie” mają jednak więcej dobra.
Jak podaje Wikipedia (choć to nie najlepsze źródło informacji), grapefruit jest rośliną leczniczą, zawiera wiele cennych związków, wspomagających trawienie ale także polepszających wchłanianie leków. Od starszych ludzi wiem, że grapefruit przegania z organizmu robactwo i działa antyseptycznie. Samo dobro.
       Po to dobro wybrałam się dziś specjalnie do Biedronki. Dostałam cynk. Na sam widok dostałam ślinotoku i byłam już tak szczęśliwa, że niczego więcej nie trzeba mi było. I pewnie pojechałabym z tym wyrytym na twarzy szczęściem do domu, gdybym nie zaczepiła torbą o jakieś pudło niedaleko kasy. Zaklęłam pod nosem, myśląc, że znowu narozrabiam, coś wywrócę, a ekspedientki wpadną w szał. Gdyby nie to moje roztargnienie, nie zauważyłabym pewnie niewielkiej półeczki z książkami, na której zamajaczyła mi dobrze znana okładka mojej ulubionej książki. „Stasiuk w Biedronce?” - pomyślałam z niedowierzaniem. Tak to była książka „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” Andrzeja Stasiuka. Zaczęłam grzebać jak zniecierpliwiona kura i wpadłam w kolejną euforię, może nawet większą niż ta spowodowana izraelskimi grapefruitami. „Pilch, o rany!” I kolejny okrzyk : „Bator, nie wierzę!” A wszystko to po cenach jakich w empikach trudno szukać, nawet 15 zł niższych. „Wiele demonów” Pilcha w twardej szytej okładce za 29,99 zł, grzech nie kupić.
    Pomyślałam sobie, że to wiadomość jeszcze lepsza od wiadomości o zielonych grapefruitach. Biedronka sprzedaje „dobre” książki, choć przyznam się szczerze, że od jakiegoś czasu w Biedronce dostrzegałam pewne zmiany. A to pojawił się brązowy ryż czy ciecierzyca, a to można było kupić cydr, ku mojej wielkiej uciesze. Dyskont, który znany był z tego, że jest tani, zmieniać zaczął swoje oblicze i nastawia się na innego rodzaju klienta – klienta wybrednego i klienta myślącego. Może klient w krawacie rzeczywiście jest mniej awanturujący się. Ja się bardzo z tego cieszę. Bo nie tylko cydr i brązowy ryż, mają szansę codziennie zagościć na naszych stołach, ale literatura najwyższej próby i po przystępnej cenie, dzięki Biedronce ma szanse dotrzeć do większej ilości czytelników. Dla mnie bomba! Czekam teraz na to co lubię najbardziej poezję i czekoladę Hershey'a.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz