Wszystkie prawa zastrzeżone. Wiersze nie mogą być wykorzystywane i powielane bez zgody autora.
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)
Moje zdjęcie

Ja - uczuć oceany skondensowane w kropli
Ja - myśl destylowana z potoku filozofii

piątek, 29 sierpnia 2014

Moja babcia tańczyła jak jej Porcini zagrał - czyli gruzińskie kino w Białymstoku

   Myślicie, że widzieliście już wszystko. Budzicie się rano z myślą, że nic was już w życiu nie zaskoczy. Pijecie poranną kawę i za chwilę biegniecie do pracy, która z pozoru uszczęśliwia was, wasze żony, dzieci i urzędników skarbówki. Myślicie, że w 100% decydujecie o sobie i swoim życiu.

Jak bardzo się mylicie nawet sobie nie uświadamiacie.

Do wczoraj miałam wrażenie, ze jestem panią swojego losu, ale trzeba było mi obejrzeć niemy film, żeby uświadomić sobie co nade mną wisi.

   Wybraliśmy się wczoraj z moim przyjacielem, miłośnikiem kultury wszelakiej na pokaz filmu „Chemi bebia” ( Moja babushka) z 1929 roku w reżyserii Kote Mikaberidze z Gruzji. Przed pokazem, o zawiłej historii gruzińskiego kina opowiedział Zviad Dolidze, profesor filmoznawstwa na Państwowym Uniwersytecie Teatralno-Filmowym im. Shota Rustaveli w Tbilisi w Gruzji i pewnie opowiadałby tak do rana, gdyby nie głos z sali „ a kiedy zobaczymy ten film?” Profesor z uśmiechem na ustach skrócił prelekcję i po polsku powiedział „Dziękuję”.


   Dodatkowym atutem wczorajszego pokazu była niewątpliwie muzyka na żywo, grana przez Jamesa Braddella, znanego jako Funki Porcini. Brytyjczyk z niezmierną precyzją podkładał dźwięki pod obraz wyświetlany w sali kinowej białostockiego kina Forum, a na koniec seansu licznie zgromadzona publiczność nagrodziła go rzęsistymi brawami i brzękiem butelek z końca sali. Wszystkim tym, którzy przyzwyczaili się do filmów niemych z akompaniamentem tapera, wyjaśniam: James Braddell posługiwał się „instrumentarium” elektronicznym i to o wyjątkowo współczesnym brzmieniu. Zaręczam, wrażenie piorunujące.

No ale miało być o filmie. A jest o czym pisać.

    Zapewne wielu z was widziało nieme filmy przedwojenne. Pewnie zapamiętaliście z nich tak jak i ja, mocno przesadzone gesty, takie jak sceny ukazujące odchylanie głów kobiet przy pocałunku, który to widok niejednego ortopedę przyprawia o ciarki, albo panów w śmiesznych nakryciach głowy i podkręcanymi wąsikami szybkimi, krótkimi kroczkami przemierzających ulice. Wczorajszy film, wytrącił mnie z przeświadczenia, ze nieme kino jest nudne.

    W filmie wykorzystano techniki filmowe, którymi do dzisiaj posługują się „wielcy” kina, a farsz symboli i satyry przypominał mi nieco współczesne poczynania Davida Lyncha. Reżyser zastosował mieszankę kina poklatkowego, technikę łączenia dwóch ujęć kontynuujących tę samą akcję w dwóch kolejnych przestrzeniach oraz animację rysunkową i kukiełkową. Niewiarygodne jak na tamte czasy (przypominam że to film z 1929 roku)

   Reżyser Kote Mikaberidze stworzył niesłychany obraz ówczesnych realiów, jednak zaskakuje jego uniwersalizm i przekłada się on w zaskakujący sposób na dzisiejszy świat wielkich korporacji. 
   Dodatkowym smaczkiem przemawiającym za tym, żeby obejrzeć ten obraz, jest fakt, że film został zakazany w Związku Radzieckim, a jego reżyser, zesłany na ładnych parę lat na Syberię. Film opowiada o człowieku zawikłanym w machinę przedsiębiorstwa w którym dominuje biurokracja i wpływy, dzięki którym otrzymuje się bądź traci stanowisko. Tytułowa babcia to osoba wpływowa dzięki której można niemal wszystko, coś w rodzaju dzisiejszego protektora, lobbysty.

    W ogromnym przedsiębiorstwie, największe znaczenie zdają się mieć urzędnicy, którzy wytrącani są z letargu w wyjątkowych przypadkach, ale i tak nie są w stanie podjąć żadnych konkretnych działań przynoszących wymierne efekty. Zamiast efektu, mnożone są podpisy na dokumentach, a jedynym zapracowanym do granic możliwości jest posłaniec chodzący od pokoju do pokoju i odbierający pisma zapełnione nazwiskami kolejnych dyrektorów, księgowych, inspektorów. 
  Dramaty wydarzające się w przedsiębiorstwie, takie jak śmierć urzędnika z powodu wzgardzonej miłości, wydają się być niezauważane, ważniejszym staje się pusty stołek, o który od razu toczy się walka. Do prawdziwego dramatu dochodzi jednak poza przedsiębiorstwem. Zwolniony i wyszydzony w gazecie pracownik firmy podejmuje próbę samobójczą ( nieudaną). Potem jednak dostaje radę od managera firmy „Znajdź Babcię”. 
   W końcowym rozrachunku okazuje się jednak, że znalezienie protektora nie jest drogą do sukcesu. Dlaczego? Proponuję obejrzeć film, bo to kino najwyższej próby, okraszone satyrą i symbolami zrozumiałymi w wielu kulturach i na przestrzeni wielu lat. Najlepiej obejrzyjcie ten film przy akompaniamencie Jamesa Braddella. Polecam.


A teraz łyżka dziegciu.
Przed kinem Forum gdzie odbył się wczorajszy pokaz filmu, umiejscowiono wystawę ze zdjęciami Wiktora Wołkowa. Na niewielkiej przestrzeni przed samym wejściem do kina, na metalowych wspornikach, przypominających ogrodzenie PGR-u, wyeksponowano dzieła Mistrza. Przysięgam, chciało mi się płakać. Z szacunku do samego Pana Wiktora i jego niesamowitego talentu, wspominając ekspozycję "Siano" którą miałam okazję się delektować kilka lat temu w Muzeum Podlaskim, z premedytacją nie obejrzałam tej wystawy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz