Ja - uczuć oceany
Skondensowane w kropli
Ja - myśl destylowana
Z potoku filozofii
Wszystkie prawa zastrzeżone. Wiersze nie mogą być wykorzystywane i powielane bez zgody autora.
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)
piątek, 23 maja 2014
piątek, 16 maja 2014
Płynny
Czekałam deszczu
jak oczyszczenia
Pod parasolem
krzyczę i milczę
Kałużą płyną
donikąd myśli
przelewam z niej
łyżką na kartkę
wiersz
o niczym
niczyim
że boli
to nic
jak oczyszczenia
Pod parasolem
krzyczę i milczę
Kałużą płyną
donikąd myśli
przelewam z niej
łyżką na kartkę
wiersz
o niczym
niczyim
że boli
to nic
środa, 14 maja 2014
Zabłudowski wyrzut sumienia
Nie
ma takiego drugiego miejsca w mieście. Uciekam tam, kiedy potrzebuję
rozmowy. Choć to bardziej monolog niż konwersacja. Przychodzę,
przyjeżdżam, pełznę do tej ciszy, rozpostartej między
„kowalowskim lasem” a drogą do „świętej wioski”. Za każdym
razem przynoszę ze sobą kamień i kładę go na ogrodzeniu, to taki
mój dowód pamięci.
Ze
starego żydowskiego cmentarza, bo o nim mowa, rozpościera się
widok na całe moje miasteczko, leniwe i nieprzyjazne, choć mieszka
w nim wielu dobrych i uczciwych ludzi. Z tego miejsca można
zakosztować pewnego rodzaju dystansu do bieżących spraw. Cisza
cmentarza pozwala ogarnąć myśli, ułożyć co niepoukładane,
wchłonąć elementy przyrody kojące umysł, wzrok i słuch.
Cmentarz
latem zawsze porasta wysoka trawa, ledwie można w niej zauważyć
szare bezimienne nagrobki bez macew. Wyglądają jak zabłudowski
wyrzut sumienia, o którym wydaje się, w miasteczku wszyscy
chcieliby zapomnieć.
Nekropolię
otoczono jakby z przymusu, murkiem z kamieni. Wyznacza on teren, ale
pozwala też przysiąść na chwilę, odpocząć, pomyśleć.
Kamienie zespolone niechlujnie cementową zaprawą, znikomym kosztem
załatwiły sprawę pamięci o dawnych mieszkańcach miasteczka.
Kocham
to miejsce z pewnego wyjątkowego powodu. Na cmentarzu, tuż przy
ogrodzeniu rośnie ogromny krzak bzu. W maju, kiedy krzak zakwita,
pszczoły rozpoczynają swoje „modlitwy” za dusze zmarłych tam
pochowanych. Tylko na taki Kadisz mogą liczyć, pochowani tam
ludzie. Pod krzakiem wypatrzyłam kiedyś rodzinę jeży. Małe
kolczaste kuleczki znalazły tam swój spokojny dom. Bezpieczeństwo,
które odebrano zamieszkującym niegdyś w Zabłudowie „starszym
braciom w wierze”.
Punktem
centralnym cmentarza jest betonowy, wybijający się z otoczenia
nagrobek Rabina. Przez dziury w budowli, latem do środka wpadają
promienie słońca. Myślę sobie, że zabłudowski Rabin zasłużył
sobie na o wiele więcej, niż tylko ciepło darowane z nieba. Oprócz
mnie, odwiedza Rabina ktoś jeszcze, nie wiem kto, nigdy nie
spotkałam tam innych osób, ale ślady obecności są tam wyraźnie
widoczne. Czasami ktoś zostawi tam pustą butelkę po winie, ale
zdarzają się też gesty godne pochwały, znicze stawiane na
nagrobku w Zaduszki, to nic, że z krzyżem. Ważne, że są.
Rabin
stał się dla mnie wyjątkowo bliski. Jako młoda ciekawska
dziewczyna próbowałam odszyfrować, napis na jego nagrobku.
Przyszłam na cmentarz z płachtą cienkiego papieru, odbiłam na nim
ołówkiem resztki liter z nagrobka, poprosiłam księdza, który
uczył mnie religii w liceum, a który na hebrajskim znał się jak
mało który ksiądz, o przetłumaczenie znaków. Niestety nie udało
się. Rabin pozostał dla mnie bezimienny ale to nie powód, żebym
miała o nim nie pamiętać.
niedziela, 11 maja 2014
Od linijnki
Łączą nas kilometry dróg
i oceany słone
z jednej pite szklanki
spajają nocne nieba
tak samo odbite
w kałużach źrenic
Lata świetlne uśmiechów
marszczą
kąciki ust
dzieli nas milimetr...
niezrozumienia
i oceany słone
z jednej pite szklanki
spajają nocne nieba
tak samo odbite
w kałużach źrenic
Lata świetlne uśmiechów
marszczą
kąciki ust
dzieli nas milimetr...
niezrozumienia
sobota, 10 maja 2014
Artykuł w wersji elektronicznej o spotkaniu laureatów konkursu "Białystok Poetycki" w którym uczestniczyłam, można przeczytać tu: http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20140507/OBSERWATOR/140439975
piątek, 9 maja 2014
hmm.... to ten... stary wierszyk, ale osadzony w zabłudowskim klimacie
ZZA
JARZĘBINY
To jak oglądanie bajki na
dobranoc
Film co na białym płótnie się
rozlewa
z okna na piętrze spoglądam w
przestrzeń
jak kot co spłoszony boi się
zejść z drzewa
A przestrzeń tego lata
wyjątkowo cicha
ulica milczy jakby odejść
miała
sklep naprzeciwko jakby mniej
oddycha
kaszle melancholią co w kolejce
stała
Moje szczęście przechodzi
zamaszystym krokiem
z przewieszonym przez ramię zwykłym zadumaniem
Pies od łańcucha schował się
pod krzakiem
czeka aż przyjdę,wierszem go
nakarmię
Płyty chodnika pogrywają
marszem
obcasów metronom gubi tempo w
biegu
listonosz niesie wieści od
e-maili starsze
ktoś na nie czeka, ktoś się
nie chciał przemóc
Zdziwiona jarzębiną, co
czerwona wcześnie
kładę ciężką od tęsknot,
na parapet głowę
pooglądam jeszcze zanim w
niebyt pierzchnę
zanim wszystko minie pomaluję
słowem.
środa, 7 maja 2014
Moi drodzy Czytelnicy !
Chciałabym się trochę wytłumaczyć
ze swoich tekstów, bo prędzej dam sobie głowę ogolić niż pozwolę żeby komukolwiek stała się krzywda z powodu moich tekstów.
Moje opowiadania nie są wymierzone
przeciwko nikomu personalnie, nie mają na celu też nikogo drażnić,
nie wyrażają poglądu jakiegoś bliżej niesprecyzowanego ogółu.
Nie piszę też na zlecenie. To moje opowiadania i moje opinie i
przemyślenia, w których chcę pokazać swoją tęsknotę, sentyment
za pozytywnymi czasami w historii naszego miasteczka. Moje teksty nie są próbą reportażu, często zawierają nutkę literackiej fikcji. Nie wytykam w nich
błędów, bo sama je popełniam, nie strofuję bo nie jestem
wyrocznią i nie pozjadałam wszystkich rozumów, jak się niektórym
wydaje. Jestem tylko szarym zwykłym i wyjątkowo głupim mieszkańcem
uroczego miasteczka, w którym można zrobić wiele dobrego. Nie znam
też wszystkich aspektów życia w Zabłudowie i pewnie nigdy nie
będę znała. Jak widzicie, nie ukrywam swojego nazwiska, wszyscy
możecie mnie poznać, zobaczyć, dotknąć, opluć. Bardzo bym
prosiła jedynie, jeżeli miałaby się toczyć jakakolwiek dyskusja
na temat moich wpisów, niech to będzie dyskusja jawna. Nie
chciałabym także, żeby któremuś z moich przyjaciół stała się
jakaś krzywda z powodu moich rozważań. Wszyscy, którzy mnie
dobrze znają, wiedzą, że na język nie choruję, ale nie jest moją
intencją żeby konsekwencje za moje źle zrozumiane opinie ponosiły
osoby postronne. Dlatego jeżeli ktokolwiek miałby ponieść
odpowiedzialność za moje słowa, powinnam to być tylko i wyłącznie
ja.
A teraz z innej beczki.
Jeżeli jest w miasteczku ktoś, kto ma
siły, ochotę, zapał i odwagę do zaangażowania się społecznie w
działalność na rzecz kultury w Zabłudowie, niech zgłosi się do
Klubu pod Burmistrzem w piątek o godzinie 20. Możecie zrobić kilka
naprawdę fajnych rzeczy. Zapraszam w imieniu moich przyjaciół o
wielkich sercach i otwartych ramionach.
Jakoś się kręci
Pewnego
pięknego dnia po prostu się stało. Nie pamiętam kiedy i czy było
to nagle, czy ciągnęło się latami. Pewnie miałam co innego do
roboty, zamiast przyglądać się znaczącym zmianom jakie zachodziły
w naszym miasteczku. Grunt, że Rynek, historycznie kwadratowy, nieco
się zaokrąglił a do kanonu mojego słownictwa weszło na stałe
wyrażenie „jakoś się kręci” w odpowiedzi na pytanie - „co
słychać w Zabłudowie?” Wszystko za sprawą rosnącego ruchu na
krajowej 19 i Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad (
celowo nie używam skrótu instytucji, bo pełna nazwa jest tak
podniosła w pierwszej części, jak i zupełnie śmieszna w drugiej,
że staje się absolutnie wyjątkowa) Zabłudów stał się
posiadaczem ronda i nie chodzi tu o otok kapelusza, o nie. Chodzi o
prawdziwe skrzyżowanie o ruchu okrężnym. Zrobiło się "miejsko",
żeby nie powiedzieć światowo.
Wprowadziło
to spore zamieszanie w miasteczku. Dziadkowie wyciągający raz w
tygodniu ze stodół auta, aby pojechać we wtorek na tzw. ryneczek,
babcie umiejące parkować tylko pod kościołem oraz ci którzy
umieli skręcać tylko w prawo ( do których początkowo także i ja
się zaliczałam) wpadli w popłoch. Sama byłam świadkiem krążenia
po rondzie kilku delikwentów w kierunku przeciwnym do nakazanego
Kodeksem Ruchu Drogowego. Paradoksalnie zrobiło się też
bezpieczniej. Rondo wybudowano tak ciasne, że Tiry ciągnące w
stronę granicy musiały maksymalnie zwalniać, żeby się zmieścić,
ułatwiło to życie dzieciakom, bojącym się wejść na przejście
dla pieszych w drodze do szkoły. No a zimą... zimą... jest zimno,
i ślisko, jak to zimą, ale na rondzie jest dwa razy bardziej zimno
i dwa razy bardziej ślisko. Taki miejscowy fenomen. Brakuje jednak w
miasteczku dobrego fizyka, który wytłumaczyłby zjawisko zamarzania
posolonej nawierzchni.
Nie pamiętam
już, czy było to pierwszej zimy po wybudowaniu, czy zdarzyło się
to w dwa lata później, grunt, że zabłudowskie rondo stało się
miejscem rozrywki moich znajomych. Rozrywka polegała na robieniu
"orła" tudzież "anioła" na ośnieżonej,
okrągłej jak cycek powierzchni po środku skrzyżowania. Podobno
zabawa była przednia, sama jednak nie miałam odwagi spróbować,
ale widok kierowców z otwartymi buziami ponoć jest bezcenny i
pewnie następnej zimy zdecyduję się na takie szaleństwo, nawet
kosztem reputacji.
Rondo się
przyjęło, do tego stopnia, że przemianowano na "Rondo"
starą knajpę "Zabłudowiankę". Dzięki Bogu, za zmianą
nazwy lokalu poszły też inne zmiany, głównie jakościowe i
personalne. Teraz można spokojnie posiedzieć w "Rondzie"
przy okrągłej jak rondo pizzy i popatrzeć na rondo i wirujący
wokół niego ruch.
Jakoś tylko
dziwnym się stało, że przez kilka ładnych lat funkcjonowania,
nikt w Zabłudowie nie zdecydował się ronda nazwać. Sama nie wiem,
czy to przeoczenie naszych władz, czy może szacowna wymieniona na
początku instytucja stanęła w poprzek ronda i zabroniła nazywania
swojej własności. Nie wiem nawet, czy odbyło się kiedykolwiek
oficjalne przecięcie wstęgi, czy inna równie podniosła ceremonia
z całym namaszczeniem ze strony władz samorządowych i duchowych.
Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby rondo zabłudowskie zyskało
jakąś choćby nieformalną nazwę, wszak już się z nim oswoiliśmy
i jest nasze, jak nasza jest „Krasna Góra” czy „Koziniec”.
Drodzy czytelnicy domagajcie się nazwy dla naszego ronda. Chętnie
przyjdę z półsłodkim winem na jakieś prywatne, małe przecięcie
wstęgi.
niedziela, 4 maja 2014
GRYPA
Moją
szkołę trzeba było przetrwać. Każdy miał na to inny sposób. W
naszym liczącym 2,5 tysiąca mieszkańców miasteczku pomysłów na
to, było co najmniej tyle, ilu mieszkańców.
sobota, 3 maja 2014
GEOMETRIA NIEKULTURALNA
Każde
małe miasteczko ma swoje charakterystyczne miejsce, materialne,
duchowe, kulturalne. Gdzieś, gdzie człowiek - istota społeczna z
natury i stadna, może się zaczepić i z całą pewnością
stwierdzić „ja tu należę, tu mnie chcą”. Miejsce do którego
się wraca, za którym się tęskni, pamięta po wielu latach jego
zapach, atmosferę, ludzi. Miejsca przyjemnego, przyjaznego,
integrującego, z otwartymi na oścież drzwiami i ramionami.
W
moim miasteczku od strony zachodniej Rynku, funkcję integracyjną
pełni parking pod Bankiem.
czwartek, 1 maja 2014
Wracam jutro
Oblizałam już szklankę
z pomarańczowego światła
z lodem. Próżno szukać
okna,
którym da się wyskoczyć
na inne miasto, bez
granitu
i podświetlanych
samotności.
Chodź, przejdziemy się
Aleją,
Rynkiem, zgubimy,
procenty,
kilogramy, tęsknoty.
Dwa złote zapłacimy w
knajpie
za integrację,
wierzchnich okryć,
za przeniesienie obcego
zapachu
i włosa na rękawy.
Niech ktoś o nas pamięta,
kiedy wrócimy do siebie
jutro,
próbując ogarnąć sens
długości
przyprostokątnej przyległej
dzielonej na długość
przeciwprostokątnej
Adama.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Sztab wojsk pancernych
wojna. w telewizji wojna w kolejce pod kioskiem wojna w kościele wojna na przystanku wojna mam zimne ręce, zimne serce patrzę pod nogi wojna...
-
zaczyna się od pożegnalnego szczęku klucza w zamku potem trzy stopnie, chodnik i furtka jak amen w pacierzu następny krok jest za każdym raz...
-
Nie wiem ile ma lat. Z całą pewnością od dawna jest pełnoletni. Nie znam historii jego choroby. Wiem, że Adaś jest niepełnosprawny. Ale...



.jpg)