Wszystkie prawa zastrzeżone. Wiersze nie mogą być wykorzystywane i powielane bez zgody autora.
(Dz.U. 1994 nr 24 poz. 83 z późn. zm.)
Moje zdjęcie

Ja - uczuć oceany skondensowane w kropli
Ja - myśl destylowana z potoku filozofii

piątek, 12 grudnia 2014

„Straciłam tak wiele tylko razy dwa...”


     Nigdy nie miałam szczęścia do ludzi. Nie potrafię ich sobie zjednywać. Nie mam śmiałości się napraszać. Wstydzę się wchodzić w relacje. Zawsze boję się, że będę dla innych za mało inteligentna, za mało przebojowa, za mało pijąca i w ogóle za mało... Poza dwójką najlepszych przyjaciół, których zresztą znam od przedszkola, a którzy są daleko ode mnie, nie mam obok siebie żadnej przyjaznej duszy. Od wielu lat sama znoszę wszystkie ciężary. Sama przesiaduję rano na balkonie, sama borykam się z chorobą, sama rąbię drewno, sama oglądam filmy i sama śpię. Jestem sama dla siebie sterem, żeglarzem i okrętem. Nie umiem prosić o pomoc. Co mogę zrobić sama, to zrobię, nawet najwyższym kosztem. Wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś naprawdę będzie chciał mi pomóc, to zrobi to, bez mojego proszenia i bez pytania mnie o zdanie. Ale takich ludzi wokół nie ma i wątpię, żeby się kiedykolwiek znaleźli. 
    Tak oczywiście, są jeszcze dzieci. Kocham je całą sobą, ale one rosną i staję się trochę mało potrzebna. Ogólnie mam wrażenie, że nie powinno mnie tu być. Inni widzą we mnie kobietę pełną sukcesów, z domem, samochodem, pracującą w banku, studiującą, wydającą książki, piszącą do gazet. Ja widzę siebie jako niedocenionego, gówno wartego pracownika, mało zdolną studentkę, tandetną poetkę, śpiącą od lat jak gość we własnym domu - na kanapie w salonie. Żałość nad żałościami. Ale dla kogoś byłam kimś. 
     Był odrzuconym przez matkę kociakiem. Czarny, lśniący i zawsze potwornie głodny. Dostał ode mnie imię Bruno – po autorze „Sklepów cynamonowych” i imię to było strzałem w dziesiątkę. Kochał mnie. Wiem o tym. Okazywał to w każdym najmniejszym geście. Kiedy wracałam z pracy, z daleka słyszał i rozpoznawał odgłos mojego samochodu. Biegł wtedy jak szalony i na każde moje słowo odpowiadał miałknięciem. Nie był pieszczochem. Pozwalał się dotknąć tylko niektórym szczęśliwcom i tym wzbudzał mój podziw. Chodził własnymi ścieżkami. Był wolny jak mało kto. Sam wybierał sobie miejsce do odpoczynku, wdrapywał się wysoko na szafki w kuchni, albo wylegiwał na masce mojego samochodu. Kiedy byłam w domu, nie odchodził ode mnie na krok, no może poza okresami wzmożonej aktywności okolicznych kotek. Kiedy wyjeżdżałam do Warszawy, tęsknił podobno okropnie i nocami nie dawał spać domownikom, chodząc po domu i szukając mojej obecności w każdym kącie. Podczas moich niedomagań, kładł się obok mnie, mruczał i ogrzewał swoim czarnym futrem. Nie musiałam mu mówić „chodź” wiedział sam, że ma przyjść, bo jest mi potrzebny. Był moim najlepszym przyjacielem. Tak było. Wiem jak to wygląda. Samotna, stara wariatka z czarnym kotem... Nie dbam o to. Przyjaźń tego pchlarza, to najlepsza rzecz jaka mi się w życiu przytrafiła. 
     Bruno był odważny. I ta odwaga go zgubiła. Nie bał się, ani samochodów na drodze, ani psów. W nocy chodził na tamę bobrów. Nie raz przychodził mokry, pokiereszowany z obdartymi uszami. Kładł się wtedy w szafie, obok moich ubrań i kilka dni dochodził do siebie. Nie można go było wtedy tknąć. Odpowiadał tylko pomrukiwaniem z szafy na moje zawołania. Wylizywał się z ran po paru dniach, przychodził w nocy sprawdzić czy u mnie wszystko w porządku i znowu wychodził, wiedząc, że moja przyjaźń do niego w żaden sposób nie ogranicza jego wolności.  
     Pewnego razu nie wrócił. Dzieci znalazły go wieczorem po kilku dniach, gdzieś w przydrożnych krzakach. Przyniosły go do domu. Było z nim źle. Wiedziałam, że się już nie wyliże. Zrobiłam mu posłanie w piwnicy z kołderki mojego syna z czasów niemowlęcych, z dala od oczu dzieci, ale nie odchodziłam od niego na krok. Siedziałam z nim całą noc. Bałam się go dotknąć, był cały pokiereszowany, z trudem łapał oddech, ale ciągle zerkał na mnie swoimi zielonymi oczyma. Wiedziałam, że strasznie cierpi. Zanosząc się od płaczu zaczęłam głaskać go po głowie, odetchnął, jakby mój dotyk przyniósł mi ulgę i odszedł. 
     Tamtej nocy straciłam coś więcej niż tylko ulubionego kota. Przypomniał mi się fragment wiersza Emily: „Rabusiu...Bankierze...Ojcze...znowu mam ręce puste” 
 
 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz